— Ja sama nie wiem... Ja przecież nic nie wiem o życiu...
Istotnie, cóż mogła wiedzieć o sprawach życiowych osiemnastoletnia dziewczyna z małego, zapadłego miasteczka?
Ona umiała się tylko czegoś lękać i coś przeczuwać.
Pewnego dnia przyszedł do Mariem list z Ameryki. List ten wręczono jej w nieobecności ojca, który rozjeżdżał teraz stale po okolicy, pracując w nowym interesie, to jest w Amerykańskim Biurze Stręczenia Służby Żeńskiej.
Mariem otworzyła ten list i uśmiechnęła się zadowolona.
— To jest przecież list od Rózi Feiglówny — stwierdziła radośnie.
Mariem Pchełka i Rózia Feiglówna na „arystokratycznej” pensji pani Gancowej uważane były za przedstawicielki proletariatu, toteż trzymały się stale razem i w końcu stały się prawdziwymi przyjaciółkami.
Ze wzruszeniem otworzyła Mariem ten list, od dawna upragniony i oczekiwany. I przeczytała:
Dziwisz się pewnie, droga Mariem, że dotychczas nie pisałam. I nie napisałabym zapewne nigdy, gdyby nie przypadek.
Piszę krótko i bezładnie, bo ten pan czeka i uprzedził mnie, że nie ma wiele czasu...