Wprowadzone przez Chaję, weszłyśmy do ciemnej komórki, bez okien i bez podłogi, gdzie na sienniku, pod starą czerwoną pierzyną, leżała sobie spokojnie Dwojra.

Na wywróconej skrzyni od cukru, zastępującej widocznie stół, paliła się wetknięta w butelkę maleńka łojowa świeczka.

Ujrzawszy nas, Dwojra uśmiechnęła się przyjaźnie i powiedziała cicho:

— No, widzicie, co wam mówiłam? Przysłał mi mój ukochany syn, z rozkazu samego Pana Boga, szyfkartę.

I wyciągnęła spod poduszki ową kartę — widoczny znak Bożej łaski.

Milczałyśmy, a Dwojra mówiła, a raczej szeptała dalej:

— Ja dobrze wiem, co wy sobie teraz mówicie w duszy... Wy myślicie tak: „Co jej biednej przyjdzie z tej szyfkarty, kiedy ona pewno niedługo umrze?”. Ja sama nic nie wiem; może wyzdrowieję, a może umrę... Ale to nic nie szkodzi...

— Jak to nic nie szkodzi?... — wyrwało się mimowolnie Chanie.

— Czy ja ci nie powtarzałam wciąż, Chano, że ta karta to dla mnie nie tylko możliwość zobaczenia się z synem, ale przede wszystkim dowód, że jemu się dobrze powodzi i że kocha, jak dawniej, swoją starą matkę. I ten dowód Pan Bóg mi przysłał, więc jeśli nawet sądzona mi jest śmierć, to ja umrę z lekkim sercem i do ostatniej chwili dziękować będę Panu Bogu, że mnie tak uradował i obdarzył.

Opowiadała nam później Chaja Rybiarka, że gdy przyszły kobiety, aby oddać Dwojrze ostatnią przysługę, ledwo zdołały wyciągnąć z jej palców ową szyfkartę, którą przysłał Pan Bóg w ostatniej chwili, aby nie potrzebował się wstydzić przed nią, kiedy spotkają się w Niebie...