I opowiadał Chanie dalej, że na strychu u majstra znalazł całe pudło guzików do oficerskich, żołnierskich i urzędniczych mundurów. Guziki te pochodziły z bardzo dawnych czasów, bo ojciec, dziadek i pradziadek majstra byli także krawcami.
— Te guziki nie miały dla majstra żadnej wartości, bo już teraz takich nie używają — mówił. — A jednak zdarł ze mnie szelma za nie całe pięć rubli. „To jest droga pamiątka, więc mniej niż za pięć rubli sprzedać nie mogę”. Tak majster do mnie powiedział. I co mogłem zrobić? Musiałem się zgodzić. A znowu, jak byłem w Łodzi na weselu siostry, to udało mi się kupić na likwidacji za psie pieniądze całą masę damskich guzików do sukien, palt i bluzek. Prześliczne guziki wszelkich kształtów i kolorów i pierwszorzędny gatunek.
— Czy pan chce otworzyć sklep z guzikami? — zapytała Chana.
Konkurent aż krzyknął ze zdziwienia, czy też oburzenia.
— Ja miałbym sprzedawać moje guziki? Nigdy w życiu! Przecież ja zbieram je tylko dla siebie, dla własnej przyjemności.
Nie miałyśmy wtedy pojęcia o tym, że istnieją na świecie kolekcjonerzy, zbierający często rzeczy również błahe i zbędne, jak owe guziki biednego krawczyka, toteż zdecydowałyśmy ze siostrą, że człowiek ten ma „guzik w głowie” i że trzeba biednej naszej Chanie wyperswadować małżeństwo z takim wariatem.
Lecz Chana była zupełnie innego zdania.
— Ja wolę, żeby on miał zamiłowanie do guzików niż na przykład do wódki i do kart lub, broń Boże, do nieporządnych kobiet... — mówiła.
Po drugim już spotkaniu przyjęła propozycję małżeństwa i wesele naznaczono za miesiąc.
Odtąd Kiwa zjawiał się w naszej kuchni dwa razy tygodniowo, w środę wieczorem i w sobotę po południu. Weszłyśmy kilka razy do kuchni i dziwiło nas bardzo, że wbrew temu, cośmy wyczytały ukradkiem w powieściach dla dorosłych, narzeczeni siedzieli zawsze z dala od siebie.