Gdyby Gawron powiedział Rózi, że jest biedna, brzydka i głupia, na pewno by jej tak nie uraził, jak tym swoim określeniem: „ni pachnie, ni śmierdzi”.

Zaczerwieniła się ze złości, lecz odpowiedziała na pozór spokojnie:

— Mnie zdanie pana Gawrona bardzo mało obchodzi. Jedno tylko wiem, że przez swatów za mąż nie wyjdę.

— No to jak panna Rózia wyjdzie za mąż? Narzeczony spadnie z nieba?!

— Zostanę starą panną albo... wyjdę za mąż z miłości.

Żaden najokrutniejszy byk na corridzie w Hiszpanii nie popadał chyba w taką wściekłość, widząc czerwoną chorągiew, jak pan Gawron, kiedy słyszał to słowo „miłość”.

— Miłość — krzyczał i tupał nogami pan Gawron — głupi wynalazek, przeklęta fanaberia młodego pokolenia! To jest rzecz dobra dla głupiej gojki13, a nie dla porządnej żydowskiej panienki!

— Jeśli już pan koniecznie chce kogoś wyswatać w naszym domu, to bardzo proszę... Nasza kucharka Chana wciąż marzy o chusenie14.

Niczym nie można było tak obrazić pana Gawrona, jak propozycją swatania kucharek, tragarzy, woźniców, drobnych przekupni i całej tej biedoty.

— Ja jestem Gawron, weltszadchen, i pracuję tylko w partiach powyżej pięciu tysięcy rubli, a takie tałałajstwo ja zostawiam szamesowi15 Szmelce, on także musi żyć — odpowiedział, pogardliwie wydymając wargi.