A Rózia tymczasem, aby ostatecznie podrażnić pana Gawrona, zaczynała śpiewać jakąś starą piosenkę:
Bo miłość to cudowny kwiat,
Ogrodem dla niej cały świat,
Płonie purpurą, wonią tchnie!
Taką miłością kochaj mnie.
Pan Gawron splunął z obrzydzeniem, jak gdyby usłyszał jakieś plugawe słowa.
— Rózia potrzebuje się wstydzić! Ja nawet słuchać nie chcę takich nieprzyzwoitości! — I wyszedł, trzaskając drzwiami, bo pan Gawron nie krępował się nigdy i u nikogo.
Serce ludzkie, jak wszyscy o tym wiedzą, pełne jest dziwacznych sprzeczności. Pan Gawron posiadał pewną, dziwną u takiego jak on człowieka, namiętność: lubił, po prostu kochał muzykę, sam sobie tego dokładnie nie uświadamiając.
Jego namiętność do muzyki była tak wielka, że spotkano go kiedyś przed kościołem, zasłuchanego w grę organów. Stał tak podobno pół godziny, a nawet, jak niektórzy twierdzą, wszedł do kruchty kościelnej, co dla nabożnego Żyda jest wprost grzechem.
Mimo swego niesłychanego wprost skąpstwa kupił sobie pierwszy bodaj w naszym miasteczku gramofon i przynajmniej cztery razy do roku pod pozorem jakichś nieistniejących „interesów”, które ograniczały się do zakupienia pewnej ilości nowych płyt operowych, jeździł do Warszawy na koncerty. Po powrocie zaś z każdej takiej eskapady pan Gawron był dziwnie nieswój i wzburzony i nieodmiennie składał wizytę — właśnie mojej ciotce Rózi.