Nie jest ono zaiste wesołe i intensywne, lecz nie jest tak beznadziejnie monotonne i smutne, jakby wam wydawać się mogło: przecież i na spleśniałych wodach naszej sadzawki zakwitały czasem nenufary.
Faktor Pchełka i jego córka
Kręciło się w naszym miasteczku wielu drobnych, czarnych i ruchliwych Żydków, których podstawy egzystencji były prawdziwą tajemnicą.
Najbiedniejszy przekupień miał swój kramik lub choćby kosz z towarem, rzemieślnik swój warsztat lub warsztat swego majstra, woźnica swego nędznego konia, a tragarz swoje plecy.
Ale trudno było pojąć, z czego żył na przykład taki Uszer Pchełka i podobni do niego ludzie.
Nazywało się, że jest faktorem, to jest pośrednikiem w różnych interesach, ale w naszym miasteczku wszelkie interesy były tak bezpośrednie, a zyski tak drobne, że trudno doprawdy było o zarobek dla trzeciego człowieka. Przy wyjątkowym szczęściu można było wywęszyć, uchwycić i przeprowadzić jakąś transakcję handlową, ale Pchełka nie tylko nie miał tego wyjątkowego szczęścia, lecz był skończonym pechowcem.
Na przykład razu jednego udało mu się przyczepić do sprzedaży dużych lasów, cudem wymowy i sprytu przeprowadził do końca tę transakcję, a oto w kilka dni przed podpisaniem aktu u notariusza lasy te doszczętnie spłonęły.
A jednak mimo wszystko faktor Uszer Pchełka, w jakiś tajemniczy sposób żył i wychowywał, jak mówiono „ponad stan”, swoją jedyną córkę, Mariem.
Przede wszystkim umieścił ją na tak zwanej Wyższej Pensji2 Żeńskiej pani Gancowej.
Pani Gancowa, osoba pełna kastowych przesądów (bo każda sfera ma swoją arystokrację), robiła zrazu pewne trudności.