A kiedy tak mówił Uszer Pchełka, nie powodował nim, mimo pozorów, cel egoistyczny. Wierzył on święcie, że jedyną możliwością szczęścia dla kobiety jest małżeństwo, i takiego szczęścia pragnął dla córki.
Wiedział, że nie zwalczy światopoglądu córki, więc odwołał się po prostu do jej serca — i zwyciężył: Mariem pozostała w domu ojca.
Mówiąc o zdobyciu posagu dla córki, Uszer nie miał żadnych określonych widoków lub nawet planów. Postanowił tylko przekroczyć granice możliwości, to jest więcej jeszcze pracować i zabiegać jak dotąd.
Lecz oto los, tak zwykle dla niego niełaskawy, uśmiechnął się nareszcie do Uszera Pchełki.
Otrzymał on pewnego dnia list z południowej Ameryki, z Peru, od kuzyna, który wyemigrował tam przed dziesięciu laty.
Kuzyn ów pisał do Pchełki, że stęsknił się za krewnymi, których tak dawno nie widział i wkrótce zawita do rodzinnego miasteczka.
Uszer Pchełka był po prostu uszczęśliwiony.
Dla niego, który umiał przyczepiać się do jakiś fantastycznych, niemal nieistniejących interesów, cudem zręczności czerpiąc z nich drobne zyski, ten list kuzyna był kopalnią wszelkich możliwości.
Przede wszystkim pewne było, że taki kuzyn, który może sobie pozwolić na kosztowną podróż w celu zobaczenia swych krewnych, musi być bogatym człowiekiem. Zresztą sam kuzyn napisał w tym liście: „Wcale nieźle mi się powodzi”.
— Co u nich jest „wcale nieźle”, to u nas nazywa się „bardzo dobrze” — mówił do córki Uszer.