Upływały lata, a Dawidek nie pojawiał się jakoś w naszym miasteczku.
Na każde święto pani Mendlowa sprzątała gruntownie, gotowała, smażyła i piekła i za każdym razem spędzała we łzach owe dni świąteczne, bo Dawidek w ostatniej chwili znajdował jakąś wymówkę.
Do sąsiadek i klientek, aby uratować jakoś sytuację, pani Mendlowa mówiła:
— Mój syn nie ma czasu, on przygotowuje się do egzaminu, więc musi dzień i noc pracować... Na kursa dentystyczne trudniej jest się dostać jak do uniwersytetu.
Widocznie trudności te były nie do pokonania, bo w dwudziestym trzecim roku życia Dawidek jeszcze nie wstąpił do owej szkoły, natomiast pobyt jego w Warszawie kosztował Kanciatych chyba więcej niż ukończenie uniwersytetu w Cambridge.
I musiał Kanciaty te wszystkie pieniądze wyciągać ze swego sklepu i nieustannego trzęsienia się na naładowanym towarem wózku.
Toteż nic dziwnego, że mimo lichego odżywiania się i ubogiego trybu życia, Kanciaty nie miał za co wyrestaurować domu, który powoli zamieniał się w ruderę.
Aż oto pewnego dnia Dawidek zjawił się niespodziewanie w miasteczku. Przyjechał pożegnać się z rodzicami, bo — po dwukrotnym odroczeniu — wzięli go do wojska i mieli wysłać do dalekiego pułku, aż gdzieś na Kresach. Przyjechał i od razu olśnił wszystkie żydowskie panienki.
Takiego eleganta nasze miasteczko jeszcze nigdy nie oglądało!
Buciory miał żółte, koloru kaczych łapek, garnitur również żółty, w tak olbrzymie kraty, że chyba żaden rodowity Anglik nie miał większych na swoim ubraniu, kapelusz szary, miękki i leciutki jak ta mgła i wspaniały krawat, mieniący się wszystkimi kolorami tęczy. A pachniał sam jeden daleko silniej i piękniej niżeli cały zakład fryzjerski pana Gutwajna!