Nazywał siebie „Polakiem mojżeszowego wyznania”.
W gabinecie swoim miał duży portret Elizy Orzeszkowej i wskazując na ten portret, mówił zawsze z trochę zabawną, lecz szczerą emfazą:
— To ona, czcigodna pani Eliza, zrobiła ze mnie człowieka! Jej książka Meir Ezofowicz odkryła przede mną nowe światy.
Pan Lewkowicz miał dużą klientelę nie tylko w naszym miasteczku, lecz i w okolicznych dworach.
Sam wrzeszczewicki dziedzic mówił o nim: „Gdyby nasz Lewkowicz skończył uniwersytet, byłby z niego drugi Chałubiński lub Baranowski42”.
Na szczęście pan Lewkowicz był człowiekiem nie tylko uczciwym, lecz i rozsądnym, więc powodzenie i pochwały nie przewróciły mu w głowie i w poważniejszych wypadkach, kiedy rozumiał, że wiedza jego jest niedostateczna, sam kierował pacjentów do miejscowego lekarza.
Tego właśnie pana Lewkowicza wezwała pani Kanciata, by poradzić się, co dalej począć z synem, który według niej był oczywiście niewinną ofiarą podłości profesorów i kolegów.
Pan Lewkowicz wysłuchał uważnie, w milczeniu wypił kilka szklanek herbaty z malinowym sokiem i namyśliwszy się, powiedział:
— Trudno, doktorem już nie zostanie, ale coś niecoś jednak umie, więc trzeba się postarać, by uczył się prywatnie i zdał egzamin z sześciu klas i wstąpił do szkoły dentystycznej.
Wysłano więc Dawidka do Warszawy i umieszczono u krewnych na Gęsiej. Ci krewni mieli dopilnować, aby, jak mówiła pani Mendlowa, Dawidek „poszedł po drodze naukowej”.