— Gdzie mąż? — zapytał pan Lewkowicz.
— On dla mnie już nie jest mąż — odpowiedziała kobieta. — On nawet nie jest obcy człowiek, a mój najgorszy wróg, bo on jest kat mojego dziecka i niech Pan Bóg jego skarze za to!
— Czy pani zwariowała?! — krzyknął gniewnie pan Lewkowicz. — Pani jest zła kobieta i to panią Pan Bóg może skarać za takie słowa!
A po chwili zapytał już spokojniej:
— Co on takiego zrobił?
— Niech pan idzie do pokoju, to pan sam się zapyta. On tam siedzi sam jeden jak pies, bo on zresztą gorszy jest od psa.
Pan Lewkowicz wszedł do sypialni, która łącznie z kuchnią stanowiła całe mieszkanie Kanciatych.
Kanciaty siedział przy oknie na starym, ceratą obitym fotelu i jak gdyby patrzył na ulicę, lecz spojrzenie jego było tępe i mętne jak dawno niemyte szyby tego okna.
Rezolutny zwykle pan Lewkowicz szepnął nieśmiało:
— Więc... więc pan wrócił...