— To może na koty i psy? — zażartował Nuchim.
— To są hycla sprawy, a nie nasze.
— Więc na kogóż, do licha, mamy urządzić ten pogrom? — niecierpliwił się Josele.
— Na Ajzyka Pijawkę.
Tutaj Chaja wyłożyła im swoją z Ajzykiem sprawę.
— Ja go dobrze znam — powiedział z westchnieniem Josele, brat niedźwiedzia. — Jak mój brat żył i jak ja jeszcze byłem człowiekiem, to pożyczyłem u niego sto rubli, aby posłać bratu, i później nie mogłem już wyleźć z tego długu.
— A moja matka dotychczas cierpi od niego — powiedział Nuchim. — Ona pożyczyła trzydzieści rubli na swój handel cytrynami. Już pewnie wypłaciła ze dwieście, a wciąż to samo mu jest winna. Pies, a nie człowiek!
— No, więc widzicie! — mówiła Chaja. — Czy on nie zasługuje, aby jemu urządzić pogrom? Zemścicie się jednocześnie za moją i za wasze krzywdy, i więcej wam powiem: za krzywdę wszystkich biednych ludzi z naszego miasteczka!
Przez jakiś czas jeszcze radzili, omawiając szczegółowo plan strategiczny.
Pijawka zajmował mały, na uboczu stojący domek. Lokatorów nie miał, bo dom składał się tylko z dwóch niewielkich izdebek. O dziewiątej żona wychodziła po zakupy na targ i wtedy oprócz Ajzyka nie było w domu żywej duszy.