— Ani grosza stąd nie weźmiesz, Nuchimie! — powiedział stanowczo. — Myśmy tu nie przyszli kraść, a ująć się za ludzką krzywdę!
I zdawałoby się, że to mówi nie obecny Josele, Josele nałogowy pijanica, ale ten drugi Josele, z czasów, kiedy żył jeszcze jego brat — wielki artysta.
Nuchim cofnął się zawstydzony, a Josele mówił, patrząc się w złe i mętne od strachu ślepia Pijawki.
— Ja wiem, że my powinniśmy cię zakłuć jak parszywego psa, bo ty pójdziesz skarżyć się na nas do policji. Ale jedno ci powiem: nic na tym nie zyskasz! Za tobą w sądzie nikt świadczyć nie będzie, bo całe miasto cię nienawidzi, a przeciwko tobie będą wszyscy i wydadzą się wtedy twoje lichwiarskie sprawki. A przy tym, jeżeli się dowiem, że choć słowo pisnąłeś w policji, na tamten świat cię wyprawię. Ja się przed niczym nie cofnę, bo od czasu, jak umarł mój brat, ja nie mam już nic do stracenia.
I ujrzał Ajzyk w oczach tego straceńca nieodwołalny wyrok.
— Ja nikomu nic nie powiem, przysięgam...
— Twoja przysięga mniej u mnie znaczy niż psie szczekanie, ale mimo to jestem spokojny. Dla takich jak ty strach to najlepsza przysięga — odpowiedział pogardliwie Josele, wrzucając do przyniesionego worka stosy weksli.
— Chodźmy, bracie! — zwrócił się do Nuchima.
Ale Nuchim dojrzał tymczasem w szufladzie dwa pudełka z oddanymi widocznie w zastaw klejnotami. Były to tanie, ubożuchne precjoza biednych ludzi. W jednym długim, tekturowym pudle, jak gdyby od gorsetu, leżały złote łańcuszki, pierścionki i kolczyki z cienkiego złota. Niewielkie turkusiki przeświecały przez to złoto niby niezapominajki poprzez słońcem przepaloną trawę, a maleńkie, grubego szlifu diamenty lśniły się jak łzy tych ludzi, co tu przynosili ostatnie swoje mienie.
Długi sznur barokowych pereł, jakimi dawniej Żydówki podtrzymywały swe kupki (ubranie głowy), wił się jak wąż wzdłuż pudełka.