W drugim drewnianym pudełku od cygar cicho spały złote i srebrne zegarki od miesięcy, czy też od lat nienakręcone, odpoczywały sobie po nieustannej dziennej i nocnej pracy.

Pośród tałatajstwa zabłąkała się czystej krwi arystokratka, złota, przecudnej roboty tabakierka z miniaturą, której nie powstydziłby się sam Bacciarelli46.

Nuchim wyrzucił zawartość obu pudełek na ziemię.

— Jak pogrom, to pogrom! — zawołał wesoło. — Potańcuję sobie raz w życiu na złocie!

I podniósł nogę, by ogromnym ciężkim buciorem zmiażdżyć ten cały dobytek.

Ajzyk Pijawka zawył nagle, zaskowytał jak śmiertelnie zraniony pies, rzucił się na ziemię, wyciągnął się plackiem na stosie klejnotów, ciałem własnym je osłaniając.

Nuchim pchnął go raz i drugi butem. Pijawka mocno zaskowyczał, ale się nie poruszył.

Josele spojrzał na tę czarną, spłaszczoną masę ciała, podobną do rozdeptanego gada, i zdawało mu się, że w izbie jest nieznośny zaduch.

„Tak pewnie śmierdzi zdeptana żmija” — pomyślał i z obrzydzeniem splunął.

— Chodźmy, Nuchimie — powiedział.