Ale kiedyśmy podeszły jeszcze bliżej, usłyszałyśmy następującą rozmowę:

— Kiedy, moja Zosiu, nie masz już ani jednej wszy i gnidy ci też wszystkie wybiłam.

— Nic nie szkodzi — odparła druga — iskaj dalej, Saruś, tak sobie dla przyjemności...

Te słowa trochę nas już zraziły. Ale oto Sara dojrzała nas i krzyknęła na wpół żartobliwie, na poły groźnie:

— Cóż to, przyszłyście robić nam konkurencję?

— Zmykajcie stąd, szelmy jedne! — dodała Zosia.

Spłoszone, odbiegłyśmy kilka kroków i zatrzymałyśmy się znowu niepewne, co dalej począć.

I wtedy... ujrzałyśmy... do końca życia tego nie zapomnę... Koło domu przechodził jakiś wojskowy. Zośka rzuciła słowa, straszne, plugawe słowa, a Sara poparła te słowa ohydnym gestem.

Nigdy, nawet w takich snach, których człowiek wstydzi się przed samym sobą, nie słyszałyśmy takich słów i nie widziałyśmy takich gestów.

Wydawało nam się, że to jakiś koszmar, czy też potworna halucynacja. Uciekłyśmy i odtąd starałyśmy się nie przechodzić nigdy koło domu pod lampionami.