Naokół ani żywej duszy, tylko kapela owadów brzęczała monotonnie swą kołysankę śpiącemu w słońcu ogrodowi.
Romek prędko wdrapał się na drzewo, narwał ogromny bukiet bzu, zeskoczył, wydobył z kieszeni sznurek, który tam miał „na wszelki wypadek”, związał gałęzie bzu i przerzucił przez parkan, podsadził Hanusię, a gdy była już za parkanem, sam przelazł.
Na ulicy podał więź bzu Hanusi, mówiąc:
— Masz, weź i żebyś więcej nie śmiała gadać, że ja się boję.
— Podzielimy się tym bzem — zaproponowała Hanusia.
— I... i... mnie to zielsko niepotrzebne, to dobre dla bab, a nie dla mnie.
— Więc weź choć jedną gałązkę... na pamiątkę.
— Ja tam nie taki pamiątkarz, jak niektóre osły, co dostają chusteczki, wstążeczki... i inne babskie łachy...
Wziął jednak gałązkę bzu i gniotąc niemiłosiernie, wpakował do kieszeni.
Przez chwilę szli w milczeniu, po czym Romek zapytał: