Widziałem światła po szczeblach schodzące,
Patrząc, myślałem, że z niebios zasłony
Zarazem świateł wybłysło tysiące.
A jak z nałogu przyrodnego wrony,
Gdy świta ranek, skrzydłami trzepocą,
Grzejąc nastygłe skrzydła chłodną nocą,
Jedne daleko lecą bez powrotu,
Drugie tam, skąd się zerwały do lotu,
Te w miejscu krążą; w takim ciągłym ruchu
Snuły się światła drabiną rozległą,