A jak z nałogu przyrodnego wrony,

Gdy świta ranek, skrzydłami trzepocą,

Grzejąc nastygłe skrzydła chłodną nocą,

Jedne daleko lecą bez powrotu,

Drugie tam, skąd się zerwały do lotu,

Te w miejscu krążą; w takim ciągłym ruchu

Snuły się światła drabiną rozległą,

Nim każde szczebla pewnego dobiegło.

To, co na szczeblu najwyższym stanęło,

Tak promienisty blask rzucać poczęło,