«Mistrzu mój,» rzekłem, «gdzie jest twoja droga?»

A on: «Niech kroku nie cofa twa noga;

Idź ciągle za mną, pod tej skały szczytem

Jak iść i kędy, dostaniem języka».

A tam szczyt skały obłoków dotyka,

Wierzchu jej oko nie doścignie, zda się:

Bok jej był prostszy niż narysowana

Od pół do środka linia na kompasie.

Mdlejąc od trudu krzyknąłem w zapale:

«Zwróć się, mój ojcze! patrz, drżą mi kolana!