Już do snu głowę skłonił na swe łoże,

Wprzód nim wyszliśmy z wąskiej rozpadliny.

Lecz gdyśmy przyszli na plac otworzysty,

Tam, gdzie ma góra bok więcej spłaszczony,

Oba niepewni drogi, ja znużony,

Staliśmy chwilę na jej płaskim sklepie,

Pustym i dzikim jak droga na stepie.

Z brzegu otchłani do wyższej drożyny,

Która po skałach pięła się wysoko,

Był plac jak na wzrost człowieka troisty;