Była bardzo zręczna, miała miękkie, wahające się, nieco powolne ręce. Początkowo odczuwał Clifford niechęć wobec nieskończenie lekkiego dotknięcia jej dłoni na twarzy. Ale teraz lubił to, budziło w nim to coraz większą rozkosz. Kazał się teraz prawie co rano golić przez panią Bolton; twarz jej była blisko jego twarzy, w oczach jej było baczne spojrzenie, czuwające, czy spełnia swoją czynność należycie. Niebawem palce jej znały doskonale jego policzki i wargi, jego szczęki i podbródek, jego gardło. Był dobrze odżywiony, wyglądał doskonale, twarz jego i szyja były dość ładne, był gentlemanem.
I ona była ładna, blada, o twarzy raczej podługowatej i zupełnie spokojnej, o połyskliwych oczach, nieodsłaniających niczego. Wolno, z bezgraniczną łagodnością, niemal z miłością, dotykała jego gardła, a on poddawał się jej.
Spełniała teraz dla niego prawie wszystko, a Clifford czuł się wobec niej mniej skrępowany niż wobec Connie, mniej się wstydził przyjmować jej posługi. Pani Bolton powiedziała kiedyś do Connie:
— Wszyscy mężczyźni są w istocie małymi dziećmi, jeśli ich poznać do gruntu. Ach, pielęgnowałam niejednego z największych zuchów w Tevershall, ale niech ich tylko coś zaboli, tak że trzeba się nimi opiekować, a stają się natychmiast małymi dziećmi, po prostu małymi dziećmi. O, niewielkie bywają różnice między mężczyznami!
Początkowo pani Bolton sądziła, że istnieje naprawdę różnica, jeśli idzie o gentlemana, o prawdziwego gentlemana, jak Sir Clifford. I stąd wyższość Clifforda nad nią. Ale potem, kiedy go poznała do gruntu, aby użyć jej własnego wyrażenia, przekonała się, że był taki sam, jak inni, że był małym dzieckiem, które wyrosło do rozmiarów mężczyzny, małym dzieckiem o cudownym temperamencie i subtelnych manierach, o mocy panowania nad sobą i rozmaitych dziwnych umiejętnościach, o jakich jej nigdy się nie śniło, umiejętnościach, którymi dziś jeszcze potrafił ją wprawić w zalęknienie.
Connie czuła nieraz pokusę, aby mu powiedzieć:
— Na Boga, nie poddawajże się tak zupełnie tej kobiecie!
Przekonała się jednak, że z biegiem czasu przestała do tego przywiązywać wagę tak dalece, aby mu to miała powiedzieć.
Ciągle jeszcze miała zwyczaj spędzać z nim wieczór do godziny dziesiątej. Rozmawiali albo czytali razem, niekiedy przeglądali jego rękopisy. Ale zapał ich znikł. Manuskrypty Clifforda nudziły Connie. Przepisywała je jednak nadal obowiązkowo na maszynie. Z czasem jednak pani Bolton obejmie i tę funkcję. Zaproponowała pani Bolton, aby się uczyła pisać na maszynie. A pani Bolton, zawsze do wszystkiego gotowa, rozpoczęła naukę i ćwiczyła się pilnie. Clifford dyktował jej więc niekiedy list, a ona pisała wprawdzie wolno, ale poprawnie. Zaś Clifford okazywał wiele cierpliwości, gdy musiał jej dyktować po literce trudniejsze wyrazy albo przytrafiające się zdania francuskie. Miała tyle zapału, że niemal przyjemnością było uczyć ją.
Connie udawała teraz niekiedy migrenę, aby móc zaraz po kolacji odejść do swego pokoju.