— Może pani Bolton zagra z tobą w pikietę — proponowała Cliffordowi.

— O, nie troszcz się o mnie. Idź do swojego pokoju i wypocznij, kochanie.

Zaledwie jednak wyszła, dzwonił na panią Bolton i prosił, aby z nim zagrała w pikietę, w bezika, a nawet w szachy. Nauczył ją wszystkich tych gier. Connie uważała to za dziwnie wstrętny widok, gdy pani Bolton lękliwie jak mała dziewczynka dotykała niepewnymi palcami damy albo waleta, a potem szybko cofała rękę. I gdy Clifford z na wpół szyderczą przewagą mówił z uśmiechem:

— Powinna pani powiedzieć j’adoube!49

Pani Bolton spoglądała na niego połyskującymi, zdumionymi oczyma i pomrukiwała lękliwie i posłusznie:

J’adoube!

Tak, wychowywał ją. I sprawiało mu to przyjemność, a jej dawało poczucie mocy. Była zachwycona. Krok za krokiem zdobywała to wszystko, co wiedział wytworny świat, to wszystko, co stanowiło o przynależności do wyższej klasy: oczywiście poza pieniędzmi. Wprawiało ją to w zachwyt. A jednocześnie wzbudzało w Cliffordzie pragnienie ciągłego obcowania z nią. Ten jej szczery zachwyt był przebiegle subtelnym, głęboko ukrytym pochlebstwem dla niego.

Connie miała wrażenie, jakoby Clifford teraz dopiero ukazywał się w swojej właściwej postaci: nieco wulgarny, nieco powszedni i nieduchowy; dość otyły. Fortele i pokorne tyraństwo Ivy Bolton były także aż nazbyt przejrzyste. Ale Connie dziwiła się naprawdę szczeremu zapałowi, jaki kobieta ta potrafiła wydobyć z Clifforda. Powiedzieć, że była w nim zakochana, znaczyłoby źle się wyrazić. Była zachwycona wejściem w kontakt z mężczyzną należącym do wyższej klasy, z arystokratą i gentlemanem, z tym pisarzem, który umiał tworzyć opowiadania i poezje, którego fotografie ukazywały się w ilustrowanych pismach. Zachwyt jej dochodził aż do jakiejś niesamowitej namiętności. A okoliczność, że on ją wychowywał, budziła w niej namiętne podniecenie i odzew w stopniu daleko silniejszym, niżby to uczyniła przygoda miłosna. Tak, właśnie fakt, że nie mogło tu być przygody miłosnej, umożliwiał jej przejęcie się aż do szpiku kości tą namiętnością, namiętnością posiadania wiedzy, wiedzy tego samego rodzaju, jaką on posiadał.

Trudno było nie dostrzec, że osoba ta była w nim poniekąd zakochana: bez względu na to, jaką siłę przypisywałoby się wyrazowi miłość. Wyglądała tak ładnie i tak młodo, a szare jej oczy były niekiedy cudowne. Zarazem jednak otaczało ją jakieś ukryte, łagodne zadośćuczynienie, nawet coś w rodzaju triumfu i potajemnego zadowolenia. Ach, to potajemne zadowolenie! Jakiż wstręt czuła przed nim Connie!

Nic dziwnego jednak, że Clifford dał się opętać przez tę kobietę! Spowijała go po prostu swoim uporem i oddawała się bezwarunkowo na jego usługi, aby z niej korzystał, ile zapragnie. Nic dziwnego, że mu to pochlebiało!