Connie niezupełnie tak na to patrzyła, a jednak...
— To jest po prostu miłość — rzekła odważnie.
— Cokolwiek by to było — odpowiedział Mellors.
Szli w milczeniu dalej, przez ciemniejący las, aż się zbliżyli do furtki parku.
— Ale pan mnie nie nienawidzi? — zapytała Connie w zadumie.
— Nie, nie — odpowiedział leśniczy i nagle przycisnął ją znowu do piersi z poprzednią namiętnością. — Nie, dla mnie to było dobre, to było dobre. A dla pani?
— Tak, dla mnie także — odpowiedziała Connie trochę nieszczerze, gdyż niewiele z tego uświadamiała sobie wówczas.
Całował ją łagodnie, łagodnie, ciepłymi pocałunkami.
— Gdybyż nie było tylu innych ludzi na świecie — rzekł posępnie.
Roześmiała się. Stali przy furtce ogrodowej. Otworzył ją dla niej.