Z bezgraniczną czułością myślał o tej kobiecie. Biedna, zbłąkana istota, nie wiedziała, jaka była miła i ach! o wiele za dobra dla tej gruboskórnej hałastry, z którą się stykała. Biedna istota, i ona miała w sobie coś z wrażliwości hiacyntów leśnych, nie składała się tylko z wyrobów gumowych i platyny, jak współczesne dziewczęta. A oni ją zniszczą! To było pewne, zniszczą ją, jak niszczą stale wszelkie, z natury delikatne, życie. Delikatność! Ta kobieta była delikatna ową delikatnością hiacyntów leśnych, ową delikatnością, której nie posiadały już dzisiejsze celuloidowe kobiety. Ale on ją na chwilę ochroni swoim sercem. Na krótką chwilę, zanim nieczuły, lodowaty świat i Mammon zmechanizowanej chciwości powalą ich oboje. Zarówno ją, jak i jego.
Poszedł do domu z fuzją i psem, do ciemnej leśniczówki, zapalił lampę, rozniecił ogień i zjadł wieczerzę: chleb z serem, młodą cebulkę i piwo. Był sam, sam w owej ciszy, którą kochał. Pokój jego był czysty i porządny, lecz dość goły. Ale ogień był jasny, palenisko wybielone, lampa naftowa oświetlała stół, nakryty ceratą. Spróbował czytać książkę o Indiach, ale dzisiejszego wieczora nie mógł czytać. Siedział bez marynarki przy ogniu, nie paląc, z kuflem piwa pod ręką. I myślał o Connie.
Prawdę mówiąc, smuciło go to, co się stało, może najbardziej ze względu na nią. Doznawał uczucia proroczego ostrzeżenia. Nie uczucia niesłuszności albo grzechu; pod tym względem nie trapiły go wyrzuty sumienia. Wiedział, że sumienie jest przede wszystkim lękiem przed społeczeństwem albo przed sobą samym. Nie lękał się siebie. Ale zupełnie świadomie lękał się społeczeństwa, które znał instynktownie jako złośliwe, poniekąd obłąkane zwierzę.
Ta kobieta! Gdybyż ona mogła być przy nim, a poza tym nie byłoby nikogo na świecie! Pożądanie zbudziło się znowu. A zarazem na barkach Mellorsa leżało jakieś brzemię, jakiś lęk przed wydaniem siebie i jej na łup owemu światu zewnętrznemu, który występnie migotał w lampach elektrycznych. Ona, biedna, młoda istota, była dla niego po prostu młodą kobietą, ale młodą kobietą, którą posiadał i której znowu pożądał.
Przeciągnął się z dziwnym ziewnięciem pożądania, gdyż od czterech lat był samotny, nie stykał się z mężczyznami ani kobietami. Potem wstał, wziął znowu kurtkę i fuzję, przykręcił knot w lampie i wyszedł z psem w gwiaździstą noc. Gnany pożądaniem i lękiem przed złośliwym światem zewnętrznym, szedł wolno i cicho po lesie. Lubił mrok i wtulił się w niego. Odpowiadał on jego wezbranej żądzy, która mimo wszystko była bogatym skarbem; odpowiadał podniecającemu niepokojowi jego męskości, podniecającemu ogniowi jego lędźwi! O, gdybyż byli i inni mężczyźni, z którymi można by społem zwalczać ten iskrzący się w dali świat lamp elektrycznych, aby chronić delikatność życia! Delikatność kobiet i przyrodzone skarby pożądania. Gdybyż byli mężczyźni, z którymi można by ramię w ramię walczyć! Ale mężczyźni byli wszyscy po tamtej stronie i szczycili się tamtym światem, triumfowali lub pozwalali się deptać pod naporem zmechanizowanej żądzy lub pożądliwego mechanizmu.
Tymczasem Constance, bez myśli niemal, pobiegła przez park do domu. Dotychczas nie trapiła się skrupułami. Na kolację jeszcze zdąży. Ale ku swemu wielkiemu gniewowi zastała drzwi zamknięte, tak że musiała dzwonić. Otworzyła jej pani Bolton.
— Jest pani nareszcie! Myślałam już, że jaśnie pani zbłądziła — rzekła nieco żartobliwie. — Ale Sir Clifford nie pytał o panią. Jest u niego pan Linley, omawiają jakieś sprawy. Mam wrażenie, jakby chciał zostać na kolacji, prawda, proszę jaśnie pani?
— Tak, i mnie się tak wydaje — odpowiedziała Connie.
— Czy podać kolację o kwadrans później? Miałaby pani czas przebrać się spokojnie.
— Tak, tak może będzie lepiej.