Pan Linley był naczelnym dyrektorem kopalni; był to starszy mężczyzna z północnych okolic kraju, nieposiadający dość energii, aby być odpowiednim towarzyszem dla Clifforda. Nie dorósł on do stosunków powojennych ani do powojennych górników, których hasłem było: „Bierz, co możesz!”. Ale Connie lubiła pana Linleya, choć rada była, gdy mogła uniknąć jego ślimaczej żony.

Linley został na kolacji, a Connie była tego dnia gospodynią, jaka się mężczyznom podoba, skromną, a jednak czujną, dostrzegającą wszystko, o szeroko otwartych niebieskich oczach i łagodnym spokoju, który ukrywał dostatecznie to, co myślała naprawdę. Connie tak często grała rolę takiej kobiety, że stało się to niemal jej drugą naturą. W każdym jednak razie stanowczo tylko drugą. Mimo to dziwne było, jak wszystko znikało z jej świadomości, kiedy grała tę rolę.

Czekała cierpliwie, aż będzie mogła pójść do siebie i oddać się swoim myślom. Czekała zawsze na to, było to widocznie jej forte.

Ale gdy się wreszcie znalazła w swoim pokoju, czuła się ciągle jeszcze niepewna i zmieszana. Nie wiedziała, co miała myśleć. Jakiego rodzaju mężczyzną był on w rzeczywistości? Czy ją naprawdę lubił? Nie bardzo, czuła to. A jednak był dobry. Było w nim coś, jakiś rodzaj gorącej, naiwnej dobroci, dziwnej i nagłej, która niemal rozwarła mu jej ciało, lecz Connie miała wrażenie, że mógłby być wobec każdej kobiety w ten sposób dobry. Ale i to było dziwnie uspokajające i krzepiące. I był namiętnym mężczyzną, niezepsutym i namiętnym. Może był jednak niezupełnie indywidualny; może był wobec każdej kobiety taki, jakim był wobec niej. Naprawdę, nie było w tym nic osobistego. Była dla niego naprawdę tylko jakąkolwiek kobietą.

A może tak było lepiej. I ostatecznie, był dobry dla niej jako dla kobiety, a takim nie był nigdy żaden mężczyzna. Mężczyźni byli bardzo łaskawi dla osoby, którą była, ale dość okrutni dla kobiety, kobietą gardzili albo ignorowali ją zupełnie. Mężczyźni byli niezmiernie dobrzy dla Constance Reid albo dla Lady Chatterley, ale dla jej łona nie byli dobrzy. Jego nie obchodziła Constace ani Lady Chatterley; on po prostu głaskał czule jej uda i piersi.

Następnego dnia poszła do lasu. Było szare, ciche popołudnie, ciemnozielony szczyr53 ścielił się pod krzakami leszczyny, a wszystkie drzewa czyniły nieme wysiłki, aby rozewrzeć swoje pąki. Dzisiaj wyczuwała niemal we własnym ciele to olbrzymie parcie soków w grubych drzewach, na zewnątrz, w górę, w górę ku koniuszkom pąków, aby wytrysnąć tam małymi, płomiennymi listeczkami dębowymi, brunatnymi jak krew. Był to przypływ, wzbierający z mocą ku górze i rozlewający się po niebie.

Przybyła na polanę, ale jego nie było. Na wpół tylko się go spodziewała. Pisklęta bażantów na lekkich nóżkach, lekkie jak owady wybiegły z kojców, gdzie żółte kokoszki gdakały lękliwie. Connie siedziała, przyglądając się im, i czekała. Czekała tylko. Nawet na pisklęta ledwo spojrzała. Czekała.

Czas mijał z senną powolnością, a on nie nadchodził. Na wpół się tylko spodziewała, że przyjdzie. Po południu nigdy nie przychodził. Musiała wrócić do domu na podwieczorek. Ale musiała się zmusić, żeby opuścić polanę.

Kiedy szła do domu, mżył drobny deszcz.

— Pada znowu? — zapytał Clifford, widząc, jak Connie otrząsa kapelusz.