— Mży tylko.
W milczeniu nalała herbatę, osnuta własnymi myślami. Za wszelką cenę chciała się dziś spotkać z leśniczym, aby się przekonać, czy to jest naprawdę rzeczywistość. Czy to jest naprawdę rzeczywistość.
— Poczytać ci trochę potem? — zapytał Clifford.
Connie spojrzała na niego. Musiał coś zauważyć.
— Wiosna czyni mnie tak dziwnie znużoną, chciałabym trochę odpocząć.
— Jak chcesz. Ale nie czujesz się chyba rzeczywiście chora, prawda?
— Nie! Tylko bardzo zmęczona, to przez wiosnę. Czy chcesz, żeby pani Bolton zagrała z tobą w coś?
— Nie! Posłucham trochę radia.
Wyczuwała w jego głosie dziwną satysfakcję. Weszła do swojej sypialni. Słyszała stamtąd, jak głośnik zaczął bełkotać idiotycznym, aksamitnie eleganckim głosem, coś w rodzaju serii ulicznych okrzyków, przy czym ideał afektowanej układności przedrzeźniał dawnych nawoływaczy. Connie narzuciła stary, fioletowy płaszcz przeciwdeszczowy i bocznymi drzwiami wymknęła się z domu.
Delikatny deszcz był niby zasłona narzucona na świat, tajemniczy, stłumiony, niezbyt zimny. Gdy biegła przez park, zrobiło się jej zupełnie ciepło. Musiała odpiąć lekki płaszcz nieprzemakalny.