Las milczał cicho i tajemniczo w mżącym deszczu wieczornym, pełen tajemnic wylęganych jaj, na wpół rozwartych pąków, na wpół rozwiniętych kwiatów. W zmierzchu tego wszystkiego drzewa połyskiwały nagie i ciemne, jakby się rozebrały, a zieleń na ziemi zdała się szumieć zielonością.

Ciągle jeszcze nikogo nie było na polanie. Pisklęta prawie wszystkie ukryły się pod kokoszkami, tylko jeden czy dwóch zbłąkanych awanturników dziobało w suchym miejscu pod słomianym dachem, niezupełnie zdając sobie sprawę ze swego położenia.

Tak! Więc ciągle jeszcze nie było go. Rozmyślnie nie przychodził, czy też może coś się stało? Może powinna pójść do leśniczówki i dowiedzieć się.

Ale była zrodzona do czekania. Otworzyła szałas swoim kluczem. Wszystko było uporządkowane, ziarno leżało w skrzyni, koce złożone były na ławce pod ścianą, słoma wymieciona czysto do kąta. Latarnia wisiała na gwoździu. Stół i krzesło były odsunięte z powrotem na to miejsce, gdzie z nim leżała.

Usiadła na krześle w drzwiach. Jak cicho było! Delikatny deszcz mżył bardzo łagodnie, niby zasłona, a wiatr nie sprawiał hałasu. Nic nie wydawało dźwięku. Drzewa stały niby tryskające mocą istoty, ledwo rozpoznawalne w półmroku, milczące i żywe. Jak żywe było wszystko!

Noc zapadała znowu z wolna; trzeba będzie wracać. On jej unikał.

Ale nagle wszedł na polanę w swojej czarnej kurtce skórzanej, jak szofer, połyskujący od wilgoci. Rzucił szybkie spojrzenie w stronę szałasu, ukłonił się na wpół, potem zawrócił w bok i podszedł do kojców. Przykucnął tam w milczeniu, obejrzał wszystko dokładnie, potem pozamykał kury i pisklęta na noc.

Nareszcie wolno podszedł do niej. Siedziała cicho na swoim miejscu. Stanął przed nią pod okapem.

— Przyśli panuchno — rzekł, używając znowu dialektu.

— Tak — odpowiedziała Connie, podnosząc ku niemu wzrok — ale pan przychodzi późno.