— Tóż łoni, panuchno, nic sobie z tego wszystkiego nie robiom? — zapytał ochrypłym głosem. — Niech żys sie zastanowiom, na co sie łoni narożajom. Powinni, panuchno... o, powinni, panuchno, nim bydzie nieskoro.

Dziwne, błagalne ostrzeżenie brzmiało w jego głosie.

— Nie mam nic do stracenia — odpowiedziała Connie niecierpliwie. — Gdyby pan wiedział, co to znaczy, uwierzyłby mi pan, że cieszyłabym się, gdybym to wszystko straciła. Ale czy boi się pan o siebie?

— No dyć! — odpowiedział krótko. — To prowda. Boja sie. Boja sie tyj całkiej historie.

— Czego? — zapytała Connie

Dziwnym ruchem przechylił w tył głowę, ruchem tym wskazywał cały świat.

— Wszystkigo. Kożdygo. Wszystkich.

Potem schylił się i pocałował nagle jej nieszczęśliwą twarz.

— Ano, mie tam wszystko jedno. Jo se tam z tego nic nie robia. Byle sie cłek mocno trzimoł w gorści, to łostatek niech djosi porwiom! Ale jakbyś nieskorzyj żałówała, żeś to zrobieła...

— Nie odtrącaj mnie — błagała Connie.