— Ech! Cóż to jest dotykać cię! — powiedział, gdy jego palec pieścił delikatną, ciepłą, tajemniczą skórę jej talii i bioder.
Położył na niej twarz i raz po raz ocierał się policzkiem o jej brzuch i uda. I znów zastanawiała się trochę nad tym, jaki to był dla niego rodzaj uniesienia. Nie rozumiała piękna, które w niej odnalazł, dotykając jej żywego, tajemniczego ciała, niemal ekstazy piękna. Bo tylko namiętność jest tego świadoma. A kiedy namiętność jest martwa lub nieobecna, wtedy wspaniały puls piękna jest niezrozumiały, a nawet trochę godny pogardy; ciepłe, żywe piękno kontaktu, o wiele głębsze niż piękno mądrości. Poczuła, jak jego policzek przesuwa się po jej udach, brzuchu i pośladkach, bliskie muśnięcie jego wąsów i jego miękkich, gęstych włosów, a jej kolana zaczęły drżeć. Daleko w głębi siebie poczuła nowe poruszenie, wyłaniającą się nową nagość. Na wpół się bała. W połowie chciała, żeby jej tak nie pieścił. Obejmował ją całą w jakiś sposób. A jednak czekała, czekała.
A kiedy wszedł w nią, z nasileniem ulgi i spełnienia, co było dla niego czystym spokojem, wciąż czekała. Czuła się trochę pominięta. I wiedziała, że częściowo była to jej własna wina. Zmusiła się do tej separacji. Teraz być może była na nią skazana. Leżała nieruchomo, czując jego ruch w sobie, jego głęboko zatopioną intencjonalność, nagłe drżenie, gdy jego nasienie wypłynęło, a potem powolne, ustępujące pchnięcie. To pchnięcie pośladkami z pewnością było trochę śmieszne. Gdy jest się kobietą, w dodatku oddzieloną od całej tej sprawy, z pewnością to pchnięcie pośladkami mężczyzny jest wyjątkowo śmieszne. Z pewnością mężczyzna był bardzo śmieszny w tej pozie i tym akcie!
Ale ona leżała nieruchomo, nie cofając się. Nawet gdy skończył, nie spróbowała sięgnąć po własną satysfakcję, jak to zrobiła z Michaelisem; leżała nieruchomo, a łzy powoli wypełniały jej powieki i spływały z oczu.
On również leżał nieruchomo. Ale trzymał ją blisko i próbował objąć jej biedne, nagie nogi swoimi nogami, aby je ogrzać. Leżał na niej z bliskim, niewątpliwym ciepłem.
— Je ci zimno? — zapytał miękkim, cichym głosem, jakby była blisko, tak blisko. Podczas gdy ona była na uboczu, odległa.
— Nie! Ale muszę iść — powiedziała łagodnie.
Westchnął, przytulił ją mocniej, po czym znów odprężył się, by odpocząć.
— Muszę iść — powtórzyła.
Podniósł się, klęknął obok niej na chwilę, pocałował wewnętrzną stronę jej ud, po czym obciągnął jej spódnicę, bez zastanowienia zapinając swoje ubranie, nie odwracając się nawet, w słabym, słabym świetle latarni.