— Musisz kejś przijść do tyj chatki — powiedział, patrząc na nią z ciepłym, pewnym, spokojnym obliczem.
Leżała nieruchomo i w zamyśleniu patrzała na niego. Obcy! Obcy! Czuła nawet do niego lekką niechęć.
Włożył kurtkę i obejrzał się za kapeluszem, który spadł na podłogę; potem przerzucił fuzję przez ramię.
— Tóż pójdź — rzekł i spojrzał na nią tymi gorącymi, spokojnymi oczyma.
Connie wstała powoli. Nie chciało jej się odchodzić, ale czuła też silną niechęć do pozostania. Mellors pomógł jej włożyć cienki płaszcz deszczowy, zwracając przy tym uwagę, aby wyglądała porządnie.
Potem otworzył drzwi. Na dworze było zupełnie ciemno. Wierna suka, leżąca pod okapem, zerwała się z radością, kiedy ujrzała swego pana. Drobny deszcz szaro przemykał przed mrokiem. Było zupełnie ciemno.
— Musza zabrać latarka — rzekł Mellors. — Nie spotkomy żodnego.
Szedł wąską ścieżką tuż przed nią, trzymając nisko kołyszącą się latarnię, aby oświetlała mokrą trawę, połyskujące czarno, podobne do żmij korzenie drzew i bezwładne kwiaty. Poza tym wszystko było szarą mgłą deszczu i absolutną ciemnością.
— Musisz przijść kiejś do fosztówki! — rzekł. — Dobrze? Przijdziesz?
Zagadką było dla niej to dziwne, uporczywe pragnienie jej, gdy przecież nic między nimi nie było, nigdy naprawdę do niej nie mówił. I wbrew woli brała mu za złe tę gwarę. Owo „musisz kiejś przijść” wydawało jej się skierowane nie do niej, ale do jakiejś zwyczajnej kobiety. Poznała na ścieżce listki naparstnicy i wiedziała mniej więcej, gdzie się znajdowali.