— Jest kwadrans na ósmą — rzekł Mellors. — Przyjdzie pani na czas.

Zmienił ton głosu, jak gdyby dostrzegł oddalenie Connie. Gdy przy ostatnim zakręcie ścieżki zbliżyli się do leszczynowego lasku i furtki parkowej, zgasił latarnię.

— Tutaj widzimy już — rzekł i łagodnie ujął ją pod ramię.

Trudno było chodzić, ziemia pod ich stopami była tajemnicą, ale on stopą namacywał drogę, był przecież przyzwyczajony do tego. Przy furtce podał jej swoją kieszonkową latarkę elektryczną.

— W parku jest trochę jaśniej — rzekł — ale niech ją pani weźmie, żeby nie zboczyć z drogi.

Connie odwróciła się, ale natychmiast zwróciła się znowu do niego i rzekła:

— Pocałuj mnie.

Pochylił się nad nią niewidzialny i pocałował ją w lewe oko. Nadstawiła mu usta, a on pocałował je delikatnie, ale cofnął się natychmiast. Nie znosił pocałunków w usta.

— Jutro przyjdę znowu — rzekła Connie, oddalając się. — Jeżeli będę mogła — dodała.

— No ja, dobrze, ale nie tak nieskoro — odpowiedział Mellors z mroku.