— Naturalnie, że poznaje jaśnie panią! Jest tylko zbyt gorliwa — rzekła pani Flint rozpalona i spojrzała na Connie z rumieńcem zakłopotania. — Ale tak dawno już pani nie widziała. Mam nadzieję, że dobrze się pani wiedzie.

— Tak, dziękuję, bardzo dobrze.

— Przez całą zimę prawie pani nie widzieliśmy. Może pani wejdzie i zobaczy nasze maleństwo?

— Chętnie! — Connie zawahała się. — Ale tylko na chwilkę.

Pani Flint wbiegła pędem do domu, aby posprzątać w pokoju, a Connie weszła za nią powoli i zaczekała w dość ciemnej kuchni, gdzie w kociołku gotowała się woda. Pani Flint powróciła.

— Niech mi pani wybaczy — rzekła. — Może pani wejdzie tutaj.

Przeszły do pokoju, w którym dziecko siedziało na dywanie przed kominkiem, a stół nakryty był po wiejsku do herbaty. Młoda służąca wycofała się lękliwie i niezręcznie przez sień.

Dziecko było ślicznym maleństwem w wieku mniej więcej dwunastu miesięcy, z rudymi włosami jak ojciec i bystrymi, bladoniebieskimi oczyma. Była to dziewczynka. Nie przestraszyła się wcale. Siedziała wśród poduszek, otoczona olbrzymią ilością lalek i innych zabawek.

— Jaka ona słodka! — rzekła Connie. — A jak urosła! Duża dziewczynka! Duża dziewczynka!

Kiedy się dziecko urodziło, przysłała mu wełnianą chustkę, a na Boże Narodzenie celuloidowe kaczki.