— Patrz, Józiu! Patrz, kto cię odwiedził! Kto to jest, Józiu? Lady Chatterley, znasz przecież Lady Chatterley, prawda?
Dziwna, odważna mała osóbka patrzała na Connie niewzruszona. Dla niej Lady czy inna kobieta to było zupełnie to samo.
— Chodź! Pójdziesz do mnie? — zawołała Connie do dziecka.
Mała nie zareagowała, więc Connie podniosła ją i posadziła sobie na kolanach. Jak to było cudownie i ciepło mieć dziecko na kolanach, te miękkie, małe ramionka, te nieświadome, odważne nóżki.
— Wypiłam właśnie sama filiżankę herbaty. Luke pojechał na jarmark, mogę więc pić herbatę, kiedy mi się spodoba. Może i pani się napije, Lady Chatterley? Nie jest to zapewne taka herbata, do jakiej pani jest przyzwyczajona, ale gdyby pani raczyła...
Connie raczyła, chociaż nie chciała, aby jej przypominano, do czego była przyzwyczajona. Stół nakryto starannie na nowo, przyniesiono najlepsze talerze.
— Niech pani sobie nie zadaje trudu — rzekła Connie.
Ale gdyby pani Flint nie zadawała sobie trudu, gdzież byłaby przyjemność? Connie trzymała więc dziecko, ubawiona nieustraszonością małej kobietki; miękkie, młode ciepło maleństwa napawało ją silną rozkoszą. Młode życie! I takie nieustraszone! Takie nieustraszone, gdyż takie bezbronne. Wszyscy starsi ludzie żyli stale pod brzemieniem lęku!
Wypiła filiżankę herbaty, dość mocnej, i zjadła doskonały kawałek chleba z masłem i powidłami. Pani Flint czerwieniła się co chwila, mieszała się i płonęła z podniecenia, jakby Connie była jakimś wytwornym rycerzem. Gawędziły prawdziwie po kobiecemu i obie miały z tego przyjemność.
— To bardzo licha herbata — rzekła pani Flint.