I rzuciła triumfujące spojrzenie na śpiącego już Clifforda, po czym cicho wyszła z pokoju.
Rozdział jedenasty
Connie robiła porządki w jednym z lamusów Wragby. Było ich wiele: dom pełen był gratów, a rodzina nigdy nic nie sprzedawała. Ojciec Sir Geoffreya zbierał obrazy, a matka meble z cinquecento59. Sir Geoffrey sam miał zamiłowanie do starych, rzeźbionych skrzyń dębowych na garderobę. Tak było z pokolenia na pokolenie. Clifford zbierał bardzo nowoczesne obrazy po bardzo niskich cenach.
W lamusie były więc liche malowidła Sir Edwina Landseera60 i patetyczne gniazda ptasie Williama Henry’ego Hunta61 i inne partactwa akademickie, które wystarczały, aby wzbudzić grozę w córce członka Akademii Królewskiej. Postanowiła przejrzeć to kiedyś i powyrzucać. Ale groteskowe meble interesowały ją.
Starannie owinięta dla ustrzeżenia przed uszkodzeniem i butwieniem stała tam stara kołyska rodzinna z różanego drzewa. Connie musiała ją rozpakować, aby się jej przyjrzeć. Mebel ten posiadał jakiś urok: przyglądała mu się długo.
— Wielka szkoda, że ta kołyska nie będzie nigdy używana — westchnęła pani Bolton, która pomagała Connie. — Chociaż kołyski należą dzisiaj do rzeczy przestarzałych.
— Może będzie jeszcze użyta. Może będę jeszcze miała dziecko — rzekła Connie swobodnie, jakby mówiła, że może pozwoli sobie jeszcze na kupno nowego kapelusza.
— Sądzi pani... gdyby się Sir Cliffordowi coś stało! — wyjąkała pani Bolton.
— Nie, mówię to tak, jak się rzeczy mają. Choroba Sir Clifforda polega tylko na paraliżu mięśni, nie ma ona nic wspólnego z nim samym — odpowiedziała Connie, kłamiąc w sposób równie naturalny, jak oddychała.
Clifford wbił jej tę myśl w głowę. Powiedział: