— Ależ Cliffordzie, mówisz to tak, jakby wieczność była pokrywą zamykającą się nad człowiekiem albo długim, długim łańcuchem wlokącym się za nami, dokądkolwiek byśmy poszli.

Clifford rzucił jej gniewne spojrzenie.

— Myślę tylko o tym — rzekł — że jeśli pojedziesz do Wenecji, to nie pojedziesz z nadzieją wielkiej przygody miłosnej, którą mogłabyś traktować au grand sérieux67, prawda?

— Przygoda miłosna w Wenecji au grand sérieux? Nie, zapewniam cię! Nie, nigdy bym nie traktowała przygody miłosnej w Wenecji inaczej, jak au très petit sérieux68.

Mówiła tonem dziwnie pogardliwym. Clifford patrzał na nią ze ściągniętymi brwiami.

Kiedy zeszła rano, na korytarzu przed pokojem Clifforda siedziała suka leśniczego, Flossie, skomląc cicho.

— Flossie! — rzekła Connie łagodnie. — Co ty tu robisz?

I cicho otworzyła drzwi. Clifford siedział na łóżku, odsunąwszy na bok stolik z maszyną do pisania, a leśniczy stał przed nim w służbowej postawie w nogach łóżka. Flossie wbiegła do pokoju. Lekkim ruchem głowy i skinieniem oka Mellors wyprawił ją znowu za drzwi. Suka wymknęła się z pokoju.

— Dzień dobry, Cliffordzie — rzekła Connie. — Nie wiedziałam, że jesteś zajęty.

Potem spojrzała na leśniczego i powiedziała mu dzień dobry. Mellors mruknął odpowiedź, spoglądając na nią z ukosa. Ale Connie uczuła, jak musnął ją wiew namiętności, przez samą jego obecność.