— Przeszkodziłam ci, Cliffordzie? Przykro mi bardzo.
— Nie, to nic ważnego.
Connie wyszła z pokoju i pobiegła do niebieskiego saloniku na pierwszym piętrze. Siedziała w niszy okiennej i widziała, jak odchodził drogą dojazdową; szedł swoim dziwnym, cichym krokiem, jakby się chciał uczynić niewidzialny. Odznaczał się on naturalną, spokojną wytwornością, nieprzystępną dumą, a w wyglądzie jego było zarazem coś delikatnego. Podwładny! Jeden z podwładnych Clifforda! „Nie z winy gwiazd, drogi Brutusie, lecz z własnej winy jesteśmy poddanymi”69.
Czy on był poddanym? Czy był nim? A za co uważał ją?
Był słoneczny dzień, Connie pracowała w ogrodzie, a pani Bolton pomagała jej. Z niewiadomego powodu dwie kobiety zbliżyły się do siebie w jednym z owych niewyjaśnionych odruchów przypływu i odpływu sympatii pomiędzy ludźmi. Zajęte były sadzeniem goździków i małych kwiatków letnich. Była to praca, którą obie lubiły. Szczególną przyjemność sprawiało Connie wsadzanie miękkich korzonków młodych roślin w miękką, czarną masę ziemi. Tego poranka wiosennego czuła w łonie drganie, jakby blask słońca dotknął jej ciała i uczynił je szczęśliwym.
— Wiele to już pewnie lat, odkąd pani straciła męża? — zapytała panią Bolton, wsadzając znowu roślinkę do przygotowanego otworu w ziemi.
— Dwadzieścia trzy! — odpowiedziała pani Bolton, rozdzielając młode orliki. — Dwadzieścia trzy lata, odkąd go przynieśli do domu.
Connie uczuła ukłucie w sercu przy tym nieodwołalnym „przynieśli go do domu!”
— Dlaczego właśnie on postradał życie, jak pani sądzi? — zapytała. — Był z panią szczęśliwy?
Było to pytanie kobiety do kobiety. Pani Bolton grzbietem dłoni odgarnęła kosmyk włosów z czoła.