— Nie wiem, proszę jaśnie pani! Tak wyglądało, jakby się nie chciał poddawać biegowi rzeczy: prawdę mówiąc, nie chciał chodzić zawsze razem z innymi. A przy tym nienawidził uginania grzbietu, jak niczego na świecie. Przekora, która pędzi w objęcia śmierci. Widzi pani, właściwie niewiele mu na tym zależało. Zdaje się, że kopalnia zrobiła go takim. Nigdy nie powinien był schodzić do szybu. Ale ojciec zmuszał go do zjeżdżania, kiedy jeszcze był chłopcem; a potem, kiedy się już przekroczy dwudziestkę, niełatwo jest wydostać się stamtąd.

— Czy mówił, że tego nie cierpi?

— O, nie! Nigdy! Nigdy nie mówił, że czegoś nie cierpi. Robił tylko taką śmieszną minę. Należał do tych, co po prostu nie chcą uważać. Jak ci chłopcy, którzy pierwsi i tacy uszczęśliwieni ruszyli w pole i których zaraz złapało. Właściwie nie był zuchwale odważny. Ale po prostu nie chciał uważać. Mówiłam mu nieraz: „Na niczym i na nikim ci nie zależy!” Ale tak nie było! Pamiętam, jak siedział, kiedy miałam pierwsze dziecko, nieruchomo, pamiętam jego zrezygnowane oczy, kiedy patrzał na mnie, gdy wszystko już minęło! Było mi ciężko, ale musiałam jego pocieszać. „Już dobrze, mój kochany, już dobrze!” mówiłam do niego. A on rzucił na mnie takie dziwne spojrzenie i przyglądał mi się z takim komicznym uśmiechem. Nigdy nic o tym nie mówił. Ale myślę, że od tej nocy nie miał już ze mnie prawdziwej przyjemności; nie chciał sobie nigdy popuścić cugli. Mówiłam do niego często: „Nie trop sie chłopecku, a ulżyj se!” Mówiłam z nim czasami tak, jak tu ludzie mówią. A on nic na to nie odpowiadał. Ale nigdy nie chciał sobie popuścić cugli; albo nie mógł. Nie chciał, żebym miała jeszcze dzieci. Przypisywałam zawsze winę jego matce, bo pozwoliła mu wtedy zostać w pokoju. Nie miał tam czego szukać. Mężczyźni zawsze robią z igły widły, kiedy zaczynają sobie nad czymś suszyć głowę.

— Czy tak bardzo się tym przejął? — zapytała Connie zdziwiona.

— Tak. Nie mógł zrozumieć, że te wszystkie bóle były rzeczą naturalną. I zepsuło mu to tę odrobinę przyjemności, jaką miał dawniej z miłości małżeńskiej. Mówiłam mu: „Jeżeli ja sobie z tego nic nie robię, po co ty się tym przejmujesz? Przecież to moja szkoda!” Ale on odpowiadał mi na to tylko: „To nieprawda!”

— Może był zbyt wrażliwy — rzekła Connie.

— Tak, to prawda! Kiedy się mężczyzn bliżej poznaje, okazuje się, że tacy właśnie są: zbyt wrażliwi w niewłaściwym miejscu. A ja myślę, że nie wiedząc o tym, nienawidził kopalni, po prostu nienawidził. Tak spokojnie wyglądał, kiedy był martwy, jak gdyby się stał wolny. Był takim ładnym chłopcem. Serce mi po prostu pękało, kiedy go takim widziałam, takim cichym i czystym, jak gdyby chciał umrzeć. O, to mi naprawdę złamało serce, naprawdę. Ale to była wina kopalni.

Zapłakała gorzkimi łzami, a Connie płakała jeszcze boleśniej. Był gorący dzień wiosenny z zapachem ziemi i żółtymi kwiatami i mnóstwem roślin, puszczających pąki; ogród był wprost przepojony sokiem słonecznego światła.

— To musiało być straszne dla pani! — rzekła Connie.

— O, proszę jaśnie pani! Początkowo nic nie rozumiałam. Powtarzałam tylko: „O, mój chłopcze, dlaczego mnie chciałeś opuścić!” To było wszystko, co mogłam z siebie wydobyć. Ale gdzieś w głębi duszy czułam, że on powróci.