— Przecież on nie chciał pani opuścić — rzekła Connie.
— O, nie, jaśnie pani! To były tylko moje głupie krzyki. I czekałam ciągle, aż on wróci. Szczególnie w nocy. Budziłam się ciągle i myślałam: „Co to znaczy, nie ma go przecież przy mnie!” Jak gdyby moje uczucie nie mogło uwierzyć, że jego już nie było. Miałam po prostu wrażenie, że on musi wrócić i leżeć przy mnie, że będę go mogła czuć przy sobie. To było wszystko, czego pragnęłam, czuć go przy sobie, gorąco, czuć jego dotknięcie. I wiele bólu mnie to kosztowało, zanim zrozumiałam, że on nie wróci, kosztowało mnie to lata.
— Jego dotknięcie — rzekła Connie.
— O to właśnie idzie, jaśnie pani! Jego dotknięcie! Do dzisiejszego dnia nie pogodziłam się z tym i nigdy się nie pogodzę. A jeżeli istnieje niebo, to i on tam będzie i będzie leżał przy mnie, żebym mogła zasnąć.
Connie rzuciła lękliwe spojrzenie z ukosa na jej ładną, zasępioną twarz. Jeszcze jeden namiętny człowiek z Tevershall! Jego dotknięcie! Gdyż trudno jest zerwać więzy miłości!
— Straszna to rzecz, gdy mężczyzna przeniknął komu w krew! — rzekła.
— O, jaśnie pani! I to człowieka najbardziej rozgorycza. Czuje się, że ludzie chcieli go zabić. Czuje się, że kopalnia chciała go zabić. O, ja czułam, że gdyby nie kopalnia i ci, co kopalnią rządzą, on by mnie nie opuścił. Ale oni wszyscy chcą za wszelką cenę rozłączyć kobietę i mężczyznę, którzy są razem.
— Którzy są fizycznie razem — rzekła Connie.
— To prawda, proszę jaśnie pani! Dużo jest na świecie ludzi o twardych sercach. I co rano, kiedy on wstawał i szedł na szychtę, czułam, że to jest niesłuszne, niesłuszne. Lecz cóż miał robić? Co może człowiek robić?
Dziwna nienawiść rozgorzała w niej.