— Ale czyż uczucie dotknięcia może tak długo trwać? — zapytała nagle Connie. — Że może go pani czuć tak długo?
— O, proszę jaśnie pani, cóż innego może trwać tak długo? Dzieci wyrastają i odsuwają się od człowieka. Ale mąż, ach...! Lecz nawet to chcieliby ludzie w człowieku zabić, nawet wspomnienie jego dotknięcia. Nawet własne dzieci tego pragną! Ach, tak! Może byśmy się i tak rozeszli, kto wie? Ale to jest wtedy inne uczucie. Lepiej może, gdy się człowiek niczym nie przejmuje. Lecz kiedy patrzę na kobiety, które nigdy nie były prawdziwie rozgrzane przez mężczyznę, tak, wydają mi się wszystkie takie nędzne, choćby się nie wiedzieć jak pięknie stroiły i robiły wyniosłe miny. Nie, wolę już mój los. Nie mam wielkiego szacunku dla ludzi.
Rozdział dwunasty
Connie poszła zaraz po obiedzie do lasu. Dzień był naprawdę cudowny, pierwsze kaczeńce tworzyły małe słońca, pierwsze stokrotki bielały w trawie. Gęstwa leszczynowa była siecią na wpół rozwiniętych liści i ostatnich, siejących pyłem, zwisających pionowo bazi. Jaskółcze ziele rosło gromadami, płasko rozwarte, cofając się w swojej żółtości. Była to żółtość, silna żółtość wczesnego lata. A pierwiosnki były szerokie i pełne bladego oddania, stały gęsto, już nie lękliwe. Soczysta, ciemna zieleń hiacyntów leśnych była morzem, z którego wynurzały się pąki niby blade kłosy zboża, podczas gdy na ścieżce wznosiły się puszyste niezapominajki i orliki rozwijały swoje atramentowo fioletowe koronki. Pod jednym z krzaków leżały kawałki niebieskawych łupinek jaj. Wszędzie wzbierające pąki, wszędzie tryskające życie!
Leśniczego nie było w szałasie. Dokoła panowała wesołość, brunatne pisklęta biegały radośnie. Connie poszła dalej, ku leśniczówce, gdyż chciała go znaleźć.
Leśniczówka stała w słońcu, oddalona o spory kawałek od skraju lasu. W małym ogródku sterczały pękami podwójne narcyzy, w pobliżu szeroko rozwartych drzwi, a podwójne stokrotki stanowiły obramowanie ścieżki. Rozległo się szczekanie psa i Flossie nadbiegła pędem.
Drzwi były szeroko otwarte! Więc on był w domu. I światło słoneczne, padające na czerwoną podłogę z cegieł! Idąc ścieżką, ujrzała go przez okno, jak siedział bez marynarki przy stole i jadł. Pies warczał cicho, machając wolno ogonem.
Leśniczy wstał i podszedł do drzwi; żując jeszcze, otarł usta czerwoną chusteczką.
— Mogę wejść? — zapytała Connie.
— Wlyź!