Słońce wpadało do gołego pokoju, gdzie ciągle jeszcze czuć było zapach baraniego kotleta, który usmażono widocznie na patelni, bo stała nadal na kotlinie; czarny garnek do kartofli stał obok na kawałku papieru na białych kaflach. Ogień żarzył się tylko, a czajnik syczał. Na stole stał talerz z kartoflami i resztkami kotleta, chleb w koszyku, sól i niebieski kufel piwa. Obrus zastępowała biała cerata.
Leśniczy stał w cieniu.
— Późno jesz — rzekła Connie. — Jedzże dalej.
Podsunęła drewniany stołek na słońce do drzwi i usiadła.
— Musiołech pojechać do Uthwaite — rzekł leśniczy i siadł przy stole, ale nie jadł.
— Jedzże — zachęciła go Connie.
Ale on nie tknął jedzenia.
— A ty nie zjedłabyś cegoś? — zapytał. — Chcesz szolka teju? Woda już się warzy.
Uniósł się na wpół z krzesła.
— Jeżeli pozwolisz mi zrobić herbatę — rzekła Connie, wstając.