Mellors wydawał się smutny, a Connie czuła, że mu ciąży.

— Ja, garcuszek na esencjo stoi tam. — Wskazał na małą szafkę do naczyń w kącie pokoju. — I szolki tyż. A tej stoi wele ciebie.

Connie wyjęła z szafy czarny czajniczek, a z kominka wzięła puszkę z herbatą. Przepłukała czajniczek gorącą wodą i stała przez chwilę, wahając się, gdzie ją wylać.

— Wylej to na dwór — rzekł leśniczy, widząc jej wahanie. — To cysto woda.

Connie podeszła do drzwi i wylała wodę z czajniczka na ścieżkę. Jak tu było pięknie, jak cicho, jak lesiście! Dęby okrywały się żółtawym listowiem; w ogródku czerwone stokrotki były niby pluszowe guziki. Spojrzała na wydeptany próg z piaskowca, po którym tak mało chodziło teraz nóg.

— Cudownie tu jest — rzekła. — Co za piękna cisza, wszystko jest żywe i ciche.

Leśniczy jadł znowu, wolno i niechętnie, a Connie czuła, że był skrępowany. W milczeniu przyrządziła herbatę i postawiła czajnik na występie kominka, jak to widziała u ludzi. Mellors odsunął talerz i poszedł do tylnego pokoju. Usłyszała zgrzyt zamka, potem wrócił z kawałkiem sera na talerzu i masłem.

Connie postawiła dwie filiżanki do herbaty na stole. Były tylko dwie.

— Chcesz także filiżankę herbaty? — zapytała.

— Ja, prosza pieknie. Jak chcesz być tako dobro. Cukier jest hań w skrzince z nocyniem, a gorcek na mlyko tyż tam jest. Zaś mlyko stoi w zbónku w śpiżarce.