— Odstawić twój talerz? — zapytała Connie.

Spojrzał na nią ze słabym, ironicznym uśmiechem.

— Dobrze... jak chcesz, to łodstow — rzekł, jedząc powoli chleb z serem.

Connie poszła do tylnego pokoju, gdzie był zlew do zmywania naczyń. Po lewej były drzwi, niewątpliwie do spiżarni. Otworzyła je i uśmiechnęła się na widok tego, co on nazywał spiżarnią: wąska, wymalowana na biało szafa ścienna, dość jednak duża, jak na jedną beczułkę piwa, kilka misek i skromne zapasy żywności. Wzięła trochę mleka z żółtego dzbanka.

— Skąd dostajesz mleko? — zapytała, powróciwszy znowu do stołu.

— Łod Flintów! Łostawiajom mi wdycki flaszka w tym miejscu, kaj sie łozpocyno zagajnik. Wisz już, tam, kaj ech cie spotkoł.

Ale był przygnębiony. Connie nalała mu herbaty. Zawahała się z mlekiem.

— Bez mlyka — rzekł leśniczy.

Potem, jakby usłyszał jakiś szmer, spojrzał ostro na drzwi.

— Czy nie zawrzić lepiej? — zapytał.