— Szkoda by było — odpowiedziała Connie. — Tu przecież nikt nie przyjdzie. Czy może tak?

— Nie. Nojwyżej roz casym. No, ale tego wiedzieć nie idzie.

— Zresztą to nic ważnego — rzekła Connie. — Piję tylko herbatę. Gdzie łyżeczki?

Mellors sięgnął do szuflady stołu. Connie piła herbatę, siedząc w słońcu przy drzwiach.

— Flossie! — rzekł leśniczy do psa, leżącego na słomiance u stóp schodów. — Idź, pilnuj, pilnuj!

Podniósł palec, a słowo „pilnuj!” brzmiało bardzo ostro. Pies wybiegł szybko na zwiady.

— Smutny dziś jesteś? — zapytała Connie.

Zwrócił ku niej szybko niebieskie oczy i spojrzał na nią pełnym wzrokiem.

— Smutny? Nie, tylko zły! Musiałem kazać spisać protokół dwóm kłusownikom, których złapałem, i... sam nie wiem... nie znoszę ludzi.

Mówił poprawnym językiem literackim, a w głosie jego brzmiał gniew.