— Nie lubisz zawodu leśniczego? — zapytała Connie.
— Leśniczego, nie! Póki mi dają spokój. Ale jeżeli mam do czynienia z żandarmerią i Bóg wie z kim jeszcze, i muszę czekać cierpliwie, aż ta banda bałwanów zainteresuje się moją sprawą... o, tak... wtedy staję się dziki... — I uśmiechnął się nie bez pewnej dozy humoru.
— Czy nie mógłbyś być naprawdę niezależny? — zapytała Connie.
— Ja? Sądzę, że mógłbym, jeżeli masz przez to na myśli, czy zdołałbym wyżyć ze swojej emerytury. Mógłbym! Ale muszę po prostu pracować, inaczej zmarniałbym zupełnie. To znaczy, że muszę mieć jakieś zajęcie. A nastrój mój nie jest dość dobry, abym mógł pracować dla siebie. Musi to być jakaś praca dla kogo innego, inaczej rzuciłbym ją pewnego dnia, po prostu w przystępie złego humoru. Tak, na ogół wiedzie mi się tutaj zupełnie dobrze, zwłaszcza ostatnimi czasy...
Uśmiechnął się do niej znowu z figlarnym humorem.
— Ale dlaczego jesteś w złym nastroju? — zapytała Connie. — Czy chcesz przez to powiedzieć, że jesteś zawsze w złym nastroju?
— Mniej więcej — odpowiedział Mellors, śmiejąc się. — Niezupełnie przetrawiam swoją żółć.
— Dlaczego żółć? — zapytała Connie.
— Żółć! — odpowiedział Mellors. — Nie wiesz, co to jest?
Connie zamilkła rozczarowana. On nie zwracał na nią uwagi.