Przylgnęła do niego z sykiem zachwytu, który był podziwem, niemal przerażeniem. Trzymał ją blisko, ale nic nie powiedział. Za nic by nic nie powiedział. Podgarnęła się do niego tylko po to, by być blisko zmysłowego cudu jego osoby. I z jego całkowitego, niezrozumiałego bezruchu znów poczuła powolny, doniosły, gwałtowny wzrost fallusa, drugą moc. Jej serce rozpłynęło się w zachwycie.
Tym razem jego obecność w niej była miękka i opalizująca, czystą miękkością i opalizowaniem, jakich żadna świadomość nie może uchwycić. Cała jej jaźń drżała nieprzytomna i żywa jak plazma. Nie wiedziała, co to było. Nie pamiętała, co to było. Tylko to, że było piękniejsze, niż cokolwiek kiedykolwiek mogło być. Tylko to. A potem była zupełnie nieruchoma, zupełnie nieświadoma, nie wiedziała, jak długo. A on wciąż był z nią, w niezgłębionej ciszy razem z nią. I o tym nigdy nie mówili.
Gdy świadomość tego, co jest na zewnątrz, zaczęła powracać, przylgnęła do jego piersi, mrucząc: „Moja miłości! Moja miłości!”. A on trzymał ją w milczeniu. Zwinęła się w kłębek na jego piersi, idealna.
Ale jego milczenie było niezgłębione. Jego ręce trzymały ją jak kwiaty, nieruchome i dziwne.
— Gdzie jesteś? — szepnęła do niego. — Gdzie jesteś? Odezwij się do mnie! Powiedz mi coś!
Pocałował ją delikatnie, mrucząc:
— Aj, moja dzioucho!
Ale ona nie wiedziała, co miał na myśli, nie wiedziała, gdzie on jest. W tym milczeniu wydawało się jej, że go zagubiła.
— Kochasz mnie, prawda? — wymamrotała.
— Aj, to sie wiy! — powiedział.