— Niby jako to?

— Żeby mieć dziecko...?

— Terozki może sobie lo mnie mieć dziecko wto ino chce! — odpowiedział, siadając i zapinając skórzane getry.

— Ach, nie! — zawołała Connie. — Nie mówisz tego serio!

— Ale ja! — odpowiedział, spoglądając na nią spode łba. — Toby przeca było nojlepsze.

Leżała cicho. Mellors otworzył drzwi. Niebo było granatowe, z kryształowym, turkusowym skrajem. Wyszedł, pozamykał kokoszki, pogadał cicho z psem. A Connie leżała i dziwiła się życiu i jego kolejom.

Kiedy powrócił, leżała jeszcze ciągle, rozpłomieniona jak Cyganka. Usiadł obok niej na krześle.

— Musisz kiejś przijść na cołko noc tam do fosztówki, zanim łodjedziesz. Przidziesz? — zapytał i uniósł brwi, przyglądając się jej, podczas gdy ręce jego zwisały między kolanami.

— Przidziesz? — przedrzeźniła go żartobliwie.

Uśmiechnął się.