— Nie chcesz jechać dalej? — zapytała.

Clifford wprawił motor w ruch. Powiedział, co miał powiedzieć. Teraz popadł w swój charakterystyczny i dość pusty stan obojętności, który wydawał się Connie trudny do zniesienia. Była zdecydowana w każdym razie nie prowadzić sporu w lesie.

Przed nimi rozciągał się otwarty wyrąb drogi leśnej pomiędzy leszczynowymi ścianami i wesołymi, zielonymi drzewami. Ruchomy fotel posuwał się wolno naprzód, wolno przygniatał niezapominajki, wznoszące się niby mleczny puszek w miejscach, gdzie krzaki leszczyny nie rzucały cienia. Clifford jechał środkiem, gdzie nogi przechodniów wydeptały wśród kwiatów ścieżkę. Ale Connie, która szła za nim, widziała, jak koła toczyły się po marzannie i gądzieli72, jak zgniatały małe, żółte kielichy świetlików. Teraz żłobiły bruzdę w niezapominajkach.

W lesie były wszystkie kwiaty, także pierwsze hiacynty niby niebieskie kałuże stojącej wody.

— Rację masz, pięknie tu jest — rzekł CIifford. — Nad podziw pięknie. Cóż może być w istocie piękniejszego od angielskiej wiosny!

Connie pomyślała, że brzmi to tak, jakby nawet wiosna kwitła tylko na podstawie uchwały parlamentu. Angielska wiosna! Dlaczego nie irlandzka? Albo żydowska? Fotel posuwał się wolno naprzód, obok kępek hiacyntów leśnych, sterczących niby kłosy pszenicy, po liściach łopianu. Kiedy wyszli na wolną przestrzeń, gdzie drzewa były wyrąbane, światło wdarło się niemal zbyt jaskrawe, a hiacynty tworzyły tu i ówdzie powierzchnie o jasnobłękitnej barwie, przechodzącej w fiolet. Paprocie wznosiły swoje brunatne, kędzierzawe główki, niby miliony młodych wężów, pragnących szepnąć Ewie nową tajemnicę.

Clifford nie zatrzymywał motoru, aż przybyli na szczyt; Connie szła za nim powoli. Pąki dębów otwierały się miękkie i brązowe. Wszystko wynurzało się delikatnie ze starej, twardej skorupy. Nawet sękate, surowe dęby stroiły się w mięciutkie, młode listowie, rozpościerały w świetle brunatne lotki niby młode skrzydełka nietoperzy. Dlaczego ludzie nie mieli na sobie nigdy nic nowego, nic świeżego, w czym by się mogli pokazać? Stęchli ludzie!

Clifford zatrzymał fotel na szczycie zbocza i spojrzał w dół. Hiacynty kołysały się niby niebieska fala wodna na szerokiej drodze, rozjaśniając stok gorącym błękitem.

— Barwa ta w naturze jest bardzo ładna — rzekł Clifford — ale namalować się dobrze nie daje.

— Tak! — rzekła Connie, zupełnie obojętnie.