— Czy zaryzykować zjechanie aż do źródła? — zapytał Clifford.
— A czy fotel wjedzie z powrotem?
— Spróbujmy; kto nie ryzykuje, ten nic nie ma!
I fotel począł się powoli poruszać naprzód, tocząc się po szerokiej drodze leśnej, usianej gęsto niebieskimi hiacyntami. O, ostatni okręcie na hiacyntowych toniach! O, żaglowcu na ostatnich dzikich wodach, płynący w ostatnią podróż naszej cywilizacji! Dokąd, niesamowity statku na kołach, dokąd wiedzie twój powolny kurs?! Spokojny i zadowolony z siebie siedział Clifford przy kierownicy przygody: w starym, czarnym kapeluszu i szewiotowej73 marynarce, nieruchomy i ostrożny. O, kapitanie, kapitanie, nasza wspaniała podróż dobiegła końca! Nie, jeszcze nie! W smudze wodnej za okrętem schodziła Connie ze wzgórza w swojej szarej sukni, patrząc na toczący się fotel.
Minęli wąską ścieżkę, wiodącą do szałasu. Dzięki Bogu, nie była dość szeroka dla motorowego fotelu: zaledwie dość szeroka dla jednego człowieka. Fotel dotarł do stóp zbocza, wykonał zakręt i zniknął. Connie usłyszała za sobą ciche gwizdnięcie. Odwróciła się szybko: leśniczy schodził z pagórka, zbliżając się do niej; pies biegł za nim.
— Czy Sir Clifford chce pojechać do szałasu? — zapytał, spoglądając jej w oczy.
— Nie, tylko do źródła.
— Ach! To dobrze! W takim razie nie potrzebuję się pokazywać. Ale ciebie zobaczę dzisiaj wieczorem, prawda? Będę na ciebie czekał około dziesiątej przy furtce parkowej.
Znowu spojrzał jej prosto w oczy.
— Tak — szepnęła Connie.