Usłyszeli trąbkę Clifforda, dającą sygnał Connie. Odkrzyknęła w odpowiedzi. Po twarzy leśniczego przemknął lekki uśmiech; przesunął łagodnie ręką od dołu po jej piersi. Spojrzała na niego z przerażeniem, potem zaczęła zbiegać ze stoku, wołając ciągle Clifforda. Leśniczy spoglądał za nią, potem odwrócił się z cichym uśmiechem i ruszył dalej swoją ścieżką.
Dogoniła Clifforda, gdy zjeżdżał właśnie powoli do źródła, które znajdowało się w połowie wysokości ciemnego lasku modrzewiowego. Właśnie tam dotarł, kiedy go dogoniła.
— Bardzo to dzielnie zrobił — rzekł, wskazując na motor.
Connie spojrzała na wielkie, szare liście łopianu, sterczące upiornie na skraju modrzewiowego lasku. Ludzie nazywali je rumbarbarum Robin Hooda. Jak cicho i ponuro było przy źródle! Ale woda tryskała tak jasno, tak cudownie! I dookoła małe kępki świetlików i niebieskiej gądzieli... A tam, pod trawą, poruszyła się żółta ziemia. Kret! Wyłaził na powierzchnię, sterując różowymi łapkami i kołysząc ślepym, świdrowatym łebkiem, ze wzniesionym małym, różowym pyszczkiem.
— Zdaje się, że widzi końcem nosa — rzekła Connie.
— Lepiej niż oczyma — odpowiedział Clifford. — Chcesz pić?
— A ty?
Zdjęła z gałęzi pobliskiego drzewa emaliowany kubek i schyliła się, aby go napełnić dla Clifforda. Pił powolnymi łykami. Potem schyliła się znowu i wypiła sama trochę.
— Taka lodowata! — rzekła, sapiąc.
— Dobra, prawda! Miałaś pragnienie?