— A ty?
— Tak, ja miałem, ale nic nie mówiłem.
Usłyszała kucie dzięcioła i wiatr, który powiewał cicho i czarownie między modrzewiami. Spojrzała w górę. Białe obłoki sunęły po błękicie.
— Obłoki! — rzekła.
— Ale tylko baranki — odpowiedział Clifford.
Cień przemknął po małej polance. Kret wysterował na powierzchnię miękkiej, żółtej ziemi.
— Niemiłe bydlątko, powinniśmy go zabić — rzekł Clifford.
— Spójrz! Czy nie wygląda jak proboszcz na ambonie? — zawołała Connie.
Narwała trochę marzanny i przyniosła mu.
— Pachnąca marzanna — rzekł Clifford. — Czy nie pachnie jak romantyczne damy ubiegłego stulecia, które jednak nie miały właściwie głowy na karku!