Connie spojrzała na białe obłoki.

— Ciekawam, czy będzie padać — rzekła.

— Padać! Dlaczego? Chciałabyś, żeby padało?

Ruszyli w drogę powrotną i Clifford ostrożnie zjeżdżał z góry. Przybyli na miękkie dno doliny, skierowali się w prawo i po stu krokach stanęli u stóp długiego zbocza, gdzie błyszczały w słońcu hiacynty leśne.

— A teraz, przyjacielu! — rzekł Clifford, zwracając w tę stronę fotel.

Było to zbocze dość strome i wyboiste. Ruchomy fotel podrygiwał powoli, z trudem, niechętnie. W każdym razie posuwał się, chybocząc, naprzód, aż przybył na miejsce okolone gęsto hiacyntami; zatrzymał się, wysilił się znowu, wysunął się trochę spośród kwiatów i wreszcie przystanął.

— Zatrąbmy lepiej, może leśniczy przyjdzie — rzekła Connie. — Mógłby trochę popchnąć. I ja to zresztą mogę zrobić, to przecież pomaga.

— Daj nam chwileczkę odsapnąć — odpowiedział Clifford. — Bądź tak dobra i podłóż kamień pod koło.

Connie spełniła jego życzenie. Po chwili Clifford puścił znowu motor i fotel ruszył z miejsca. Kołysał się i potykał z dziwnym stękaniem, jak chory.

— Pozwól, że popchnę! — rzekła Connie, która szła z tyłu.